Sunday, October 27, 2024

 

Osiem funtów wody i garść węgla, wapnia, azotu, siarki, fosforu, potasu, żelaza. Urodziłaś osiem funtów wody i dwa popiołu. A każda kropla tego twojego dziecka była parą chmu­ry, kryształem śniegu, mgłą, rosą, zdrojem, mętem kanału miejskie­go. Każdy atom węgla czy azotu wiązał się w miliony połączeń. Tyś tylko zebrała to wszystko, co było...

Ziemia zawieszona w nieskończoności.

Bliski towarzysz - słońce - pięćdziesiąt milionów mil.

Średnica drobnej ziemi naszej to tylko trzy tysiące mil ognia z cienką na dziesięć mil skorupą ostygłą.

Na cienkiej skorupie wypełnionej ogniem, wśród oceanów — rzu­cona garść lądu.

Na lądzie, wśród drzew i krzewów, owadów, ptactwa, zwierząt -mrowią się ludzie.

Wśród milionów ludzi urodziłaś jeszcze jedno - co? - źdźbło, pyłek - nic.

Takie to kruche, że je zabić może bakteria, która tysiąc razy po­większona jest dopiero punktem w polu widzenia...

Ale to nic jest bratem z krwi i kości fali morskiej, wichru, błyska­wicy, słońca, drogi mlecznej. Ten pyłek jest bratem kłosu, trawy, dębu, palmy - pisklęcia, lwiątka, źrebaka, szczenięcia.

Jest w nim, co czuje, bada — cierpi, pragnie, raduje się, kocha, ufa, nienawidzi — wierzy, wątpi, przygarnia i odtrąca.

Ten pyłek ogarnie myślą wszystko: gwiazdy i oceany, góry i prze­paście




Monday, August 26, 2024

Rodzi się we mnie codziennie kilka opowieści których sobie nie opowiadam, milczę o nich w sobie.

https://open.spotify.com/track/4XKa9OYTTjouOqdi0drp3F?si=e62eebfd09744730





7.8.24 Moim zdaniem najciekawsze jest pytanie numer 2. Powtarzasz to słowo jak zaklęcie. Ja Ci już napisałam, że rozumiem i zgadzam się na tą sytuację. a jednak nadal ono się pojawia jako taki strażnik? Albo przepowiednia. 

Ja chyba mam dużo swoich myśli posianych w jakiś miejscach które się już w zasadzie zdarzyły. 


8.8.24

Ja myślę, że ja już w pewnym sensie prowadzę równoległe życie z Tobą, zupełnie nie muszę się zastanawiać czasem nad tym nawet, i wyraźnie mam nadzieję na stałe udało mi się jakoś z tym się układać że Cię tu nie ma i ono jest gdzieś tam i tam może być a ja tutaj nie muszę już tak tęsknić. Nie jestem w stanie aż tak dużo tęsknić, nie mogę mieć cały czas takiego uczucia braku w sobie, to mnie bardzo dezorganizuje. 


Dzisiaj jestem bardzo smutna, i nie chcę Ci tego pisać. Jestem smutna bo mój związek się kończy. To jest najtrudniejsze rozstanie w całym moim życiu, nie umiem się rozstać. Wiele lat godziłam się na różne rzeczy, robiłam różne rzeczy, dbałam. Tak to bardzo skomplikowane, Ty nie lubisz takich komplikacji. Ciekawe czy mnie będziesz lubić skoro ja jestem tak skomplikowana w środku?


9.8.24

Obudziłam się cicha w środku. Bez słów. Źle spałam. Budziłam się, miałam dużo snów, nie pamiętam ich. Od 4 budziłam się co ok godzinę. Od 7 już nie zasnęłam. Potrzebuje wstać i wyjść. Potrzebuje się spakować. 


Ciekawe, że można być 1000km dalej i nadal chcieć być tak blisko. Najczulej.


Od kilku dni jest stalowe szare niebo. Jest chłodniej, odpoczywam. Zakłopotanie wkrada się każda szczelina, buduje napięcie i lęk. Jest tak strasznie teraz. Czuję jak zaciska mi się gardło. Ta rzeczywistość jest przezroczysta jak papier. Imaginatywność wkrada się każda szczeliną. 


11.08.24


Więc bezpieczniej będzie nie za dużo mówić, szczególnie o uczuciach. 


16.08.2024

Nie zaskakuje Cie żywioł nawałnicy -

widziałeś jak niebo nia wzbiera

Drzewa wyrywa z ziemi.

Przewalają się ulicami, a Ty wiesz:

za czyja sprawa padają.


Wszystko ucieka, gdy Ty bieżysz ku temu,

co sprawca jest burzy.

Stojąc w oknie,

Wszystkie Twoje zmysły

wznoszą ku temu hymn.

Tygodniami dusznego lata

krew w drzewach pni wzbierała.

Czujesz jak cała chce spłynać

do źródła wszechrzeczy.

Myslałeś, ze zrywając owoc,

wiesz na czym życie polega,

lecz oto znów jest zagadka

a Ty znów mu obcy.


Lato było jak dom; 

wiedziałeś, gdzie każda rzecz stoi.

Teraz oto musisz wyjść na zewnątrz

ku sercu, jak na wielka równinę.

Tu się zaczyna nieskończona samotność.

Znieczulanie czasem, miotanie się na wietrze

i wytracanie liści

by przez puste gałęzie móc oglądać niebo.


Oto co masz

Ziemi nabożeństwo,

nad którą rozciąga się niebo.

W tej waśnie chwili, bądź skromny,

istnieniem rzeczy, której nieskończoność

w Tobie rosta, az DOJRZALA!

Moc Wszechświata sięgnęła po Ciebie

Widzisz Wszechświat całym i cały jesteś w nim widoczny.



Tuesday, August 6, 2024


 “C 

Am I an unnecessary complication? 

A sporadic addict. 

No one but you. 

Addicted to sickness. 

It's not you, it's me. 

It's always me. 

I want to sleep next to you and do your shopping and carry your bags and tell you how much I love being with you but they keep making me do stupid things. 

It's not me, it's you. 

Pointless fucking. 

Time sheet. 

Six month plan. 

And  I  want  to  play  hide-and-seek  and  give  you  my  clothes  and  tell  you  I  like  your shoes and sit on the steps while you take a bath and massage your neck and kiss your feet and hold your hand an go for a meal and not mind when you eat my food and meet you at Rudy's and talk about the day and type up your letters and carry your boxes and laugh at your paranoia and give you tapes you don't listen to and “watch great films and watch terrible films and complain about the radio and take pictures of you when you're sleeping and get up to fetch  you coffee at midnight and have  you steal  my  cigarettes and never be able to find a match and tell you about the tv programme I saw the night before and take you to the eye hospital and not laugh at your jokes and want you in the morning but let you sleep for a while and kiss your back and stroke your skin and tell you  how  much  I  love  your  hair  our  eyes  your  lips  your  neck  your  breasts  your  arse your “and  sit  on  the  steps  smoking  till  your  neighbour  comes  home  and  sit  on  the  steps smoking till  you come home and worry when you're  late and be amazed when you're early  and  give  you  sunflowers  and  go  to  your  party  and  dance  till  I'm  black  and  be sorry when I'm wrong and  happy when  you  forgive  me and  look at  your  photos and wish I'd known  you  forever  and  hear  your  voice  in  my ear  and  feel  your  skin on  my skin  and  get  scared  when  you're  angry  and  your  eye  has  gone  red  and  the  other  eye blue and your hair to the left and your  face oriental and tell you you're gorgeous and hug you when you're anxious and hold you when you hurt and want you when I smell you  and  offend  you  when  I “touch  you    and  whimper  when  I'm  next  to  you  and whimper  when I'm  not  and dribble on  your  breast and smother  you  in the  night and get cold when you take the blanket and hot when you don't and melt when you smile and  dissolve  when  you  laugh  and  not  understand  why  you  think  I'm  rejecting  you when  I'm  not rejecting  you  and  wonder  how  you  could  think  I'd  ever  reject  you  and wonder  who  you  are  but  accept  you  anyway  and  tell  you  about  the  tree  angel enchanted forest boy who flew across the ocean because he loved you and write poems for  you and wonder why you don't believe me and have a feeling so deep I can't find words for “it and want to buy you a kitten I'd get jealous of because it would get more attention than me and keep you in bed when you have to go and cry like a baby when you finally do and get rid of the roaches and buy you presents you don't want and take them away again and ask you to marry me and you say no  again but keep on asking because though you think I don't mean it I do always have from the first time I asked you and wander the city thinking it's empty without you and want what you want and think I'm loosing myself but know I'm safe with you and tell you the worst of me and try  to  give  you  the  best  of  me  because  you  don't  deserve  any “less  and  answer  your questions when I'd rather not and tell you the truth when I really don't want to and try to be honest because I know you prefer it and think it's all over but hang on in for just ten more minutes before you throw me out of your life and forget who I am and try to get closer to you because it's beautiful learning to know you and well worth the effort and speak German to you badly and Hebrew to you worse and make love with you at three  in  the  morning  and  somehow  somehow  somehow  communicate  some  of  the overwhelming undying overpowering unconditional all-encompassing heart-enriching mind-expanding on-going never-ending love I have for you. 

C  

 (Under her breath until A stops speaking.) this has to stop this has to stop this has to stop this  has  to  stop this  has  to  stop this  has  to  stop this  has  to  stop this  has  to  stop (Then at normal volume) this has to stop this has to stop this has to stop 

A  

Don't they  understand? I've got  important things to do. 

It's getting worse 

I am lost, so fucking lost in the mess of a woman. 

She wants a kid yesterday.”


Sarah Kane Crave


Wednesday, July 31, 2024

 Zakotwiczenie w rzeczywistości jest iluzją, każda rzeczywistość jest tylko następną napisaną w sercu przez pamięć historią, owszem opartą w zasadnej przestrzeni i czasie. 

Zostań.

"Nie szukaj już gdzieś daleko, bez zbędnych słów. Jesteś wszystkim czego w życiu trzeba mi"

Dotyk to tylko też iluzja? Jak można bardzo dotknąć nie dotykając?

Sny są najbardziej rzeczywistą lekcją iluzji.

Zawróciłaś mi w głowie, tak bardzo.

Chcę Cię zabrać na wiele końców świata. Chcę mieć Cię zawsze blisko.

Chciałabym śnić tylko o Tobie, ale czasem chciałabym też śnić o krainach, które przemierzam sama, a potem Ci to opowiadam. Chcę usłyszeć wszystkie nasze opowieści od Ciebie. Bo chcę bliskości i intymności jednocześnie.

https://open.spotify.com/track/5AGkvzQRb6VLaCQZNYipUl?si=7d59fec7c7984aa0




Sunday, May 6, 2018

https://youtu.be/T4yh2NZ0kJw

Popielata i kotek Psotek.

Jak to jest być we trójkę? Jak to jest być blisko, najbliżej, najszczerzej, najciężej, najdalej, najśmielej, naj.. we trójkę?
Jak to jest obudzić się ze snu, we śnie, i potem zasnąć?
Jak to jest zyskując tak wiele, stracić coś bezpowrotnie?


Akt 1.
Popielata poznaje Psotka.

Kotek Psotek rzekł:
-Miau..- I wcale mu nie smutno, może troszkę.
Popielata dziewczynka bez ciała przy duszy, znalazła kotka.
-Nie, proszę pani.. Ja nie jestem niczyim kotkiem.
Ale dłoń sunąca pod i z włosem, ciepła taka, skusiła, poruszyła, nauczyła,
..znalazł raz kotek dziewczynkę popielatą całą.


Jak to jest budzić się przypominając sobie gęstość poranków, pełnych zmieszanych oddechów, dłoni, ust, myśli, niewypowiedzianych słów.. Jak to jest starać się sobie przypomnieć kiedy się zaczęło, a kiedy skończyło, a kiedy tak naprawdę było? Bo było, prawda? Jak to jest nie tęsknić, nie myśleć?, a czuć, a wiedzieć, pod powiekami chwilkę przed zaśnięciem, pod skórą chwilkę przed dotknięciem, w myślach chwilkę przed zapomnieniem. Jak to jest być kiedyś tam, i teraz tu. Czasem gdy pachnie pomarańcza i słońce wkrada się do mojego pokoju tak nagle, czasem gdy zamyślę się, albo nie oczekiwanie wstanę, czasem gdy ucieknę na dłużej i wrócę potem, czasem gdy na chwilkę przymknę oczy, to wtedy właśnie skrada się na paluszkach do mnie myśl, że to wszystko gdzieś sobie żyje. Codziennie rano się myje, zjada śniadanie, i toczy się, toczy jak wóz skrzata polnego, co z niedowierzaniem przeciera oczy.

Zimą byliśmy na nartach, razem. Ale wtedy jeszcze zupełnie osobno. Piliśmy dużo rozpuszczalnej kawy z mlekiem, i uczyliśmy się czekać na siebie na zakrętach. W ciszy, przy kominku, w ogniu spalały się pierwsze wyobrażenia, sny się zaczęły śnić.. 

13 lutego młodej przyśnił się pająk, który ją przytulał. 27 stycznia Nunu śniła o tym jak jesteśmy (ja i ona) jednością i staramy się umrzeć, aby doznać ekstazy, a potem śniła 31 stycznia, o tym jak jest jednością z młodą, 30 stycznia pierwszy raz śnił mi się Nitotam, w drewnianym domu, zamku ukrytym w piwnicy, a 16 lutego śniło mi się jak na wielkim stepowym pustkowi, jechaliśmy rowerami we trójkę, gdy usiedliśmy w wiklinowych koszach, które nas bujały na wietrze, Nitotam zaczął mnie dotykać, zamknęłam oczy..
Potem śniły mi się czarne ptaki, które nas atakowały strachem, i się rozdzieliliśmy.


Akt 2. 
Rozpływając się w czekoladzie z bitą śmietaną, ślicznie zdumiona i zamyślona jestem.

Kotek Psotek mnie mało obchodzi wolałbym wiedzieć co u popielatej dziewczynki..
Stąpa delikatnie po księżycu
-Widzisz mnie?
Buduje zepsutą klatkę na nocne sny..
-Składam dzień z marzeń, a noc z koszmarów i mgły…



Znajdźmy początek więc. Poszukajmy nici, która nas zaprowadzi nad przepaść. Poszukajmy krawędzi, którą będziemy iść, poszukajmy jej końca, byśmy mogli w nią spaść..
Było już ciepło, wiosna była? Byliśmy w środku tygodnia pijani, znów. Czasem mi się wydaje, ze to był czwartek, kiedy indziej, że może środa. A więc pierwszy raz będzie wtedy gdy zasnęliśmy w jednym łóżku, i obudziliśmy się pierwszy raz razem. Gdy zobaczyłam gipsową rzeźbę 3 kręgosłupów, skulonych i obejmujących się wzajemnie wieloma rękami, tulących się, chowających się.
A może początek to będzie świt po bezsennej nocy, fioletowo-różany? Pachnący kawą, cynamonem, i fiołkami? Marzeniem będzie, tym wypowiedzianym, tym wyszeptanym, tym wyśnionym. Będzie domem wspólnym, naszym. Z wieloma skrzypiącymi historiami pod starą drewnianą stu letnią podłogą. Będzie czułością, naiwnością, snami, lekkością, mchem i malinami zamkniętymi w słoikach. Równo ułożonymi w rządkach przetworami, ustawionymi na półeczkach zapomnienia, dynią, czasem pomidorami. Winem porzeczkowym, pachnącym ciastem drożdżowym, migdałami. Oszklona kuchnią z piecem i dużym drewnianym stołem. Piwnicą zamieszkiwaną przez demony w pudłach kartonowych. Poddaszem ze świetlistymi elfami, muzyką i zaczarowanymi grami. Ogrodem w którym zamieszka Pan Kruk, w którym będzie wisiał hamak, bujawka, i będzie niebieski drewniany składzik ze skradzionymi oddechami, narzędziami, westchnieniami rozkoszy, koneweczką, przeczytanymi wyznaniami, liściastą mgłą granicy i zapomnienia, śnienia..
Albo zróbmy początkiem chwilę, gdy pierwszy raz stało się oczywiste, że koniec będzie bolesny, że nie uda się nam. Niech pierwsze zwątpienie, które położyło się cieniem, na małą chwilkę, będzie początkiem.. Wkradło się pewnie tej nocy, gdy okazało się, że kładziemy się do łóżka i się nie przytulamy i że po co się kładziemy razem skoro się nie przytulamy?

Mimo tysiąca wspólnych śniadań, tysiąc pierwsze pierwsze było niezręczne. Było delikatnym rumieńcem, słońcem pomiędzy winoroślami, łyżeczką tłukącą skorupkę. Czy postanowiliśmy zobaczyć co będzie w środku, przeszliśmy pierwszą granicę? Pierwszy raz, zresztą drugi pierwszy raz też, jak i trzeci pierwszy raz, były pijane. Nie tylko alkoholem,  nie tylko euforią, i nie zawsze strachem,  i bardzo nie rzadko namiętnością, łzami.. Pierwsze razy już takie są.. Potem zaczęły się słowa. Ciężko się mówi, gdy wszyscy chcą słuchać, ciężko się słucha, gdy wszyscy mówią..
Don't speak I can hear you.

Słońce świeciło nawet wtedy gdy padał deszcz. Znikaliśmy w piwnicach ciemnych, pachnących wilgocią, znikaliśmy w lasach zielonych, pachnących latem, na polach wietrznych, w ciemnych pokojach odwiecznych. Zasypialiśmy w sobie, ze sobą, i nawet czasem osobno, a jednak razem. Stukaliśmy, dotykaliśmy, całowaliśmy, mówiliśmy, szukaliśmy drogi. Wierząc, ze istnieje? Chcą wierzyć, że istnieje taki świat w którym nasz wspólny dom będzie mógł stać w chłodnym cieniu latem, i grzać ciepłym kominkiem zimą. Słowa wymienialiśmy na czucie, czucie na czułość, a czułość na zakazy, zapętlając się w słowa znowu... Jeździliśmy rowerami na ogniska nocne i piliśmy wódkę. Budowaliśmy nierzeczywistą rzeczywistość, murami. Perfekcyjną niedoskonałość. Radując się i płacząc jednocześnie. Goszcząc stwory przy śniadaniu, opowiadaliśmy im baśnie o kształtach i relacji.

Późniejsze wspólne popołudnia, po, nie bywały już tak naiwnie zarumienione wstydliwością, jak początkowe. Chwile ulotne, zamglenia, mgnienia powiek, posuwiste gładzenie wzrokiem fałd materiału na spódniczce, ciepło zmieszane z mrowieniem głęboko schowanym przed wzrokiem innych., łaskoczące w nagą pokrytą ledwo dostrzegalnym meszkiem, doliną pomiędzy ramieniem a szyja. 
Kiedyś pewnej nocy w ciemnej łazience, poczułam się jak dziewczynka, uczucie to przyszło znikąd i było jak olśnienie, najgłębsze pragnienie, fantazji ukrytej grubą nicią szytej. Tej nocy zgubiła kawałek bielizny w cudzej kieszeni, skryła się tam pewnie w pośpiechu, z lekkim wyrzutem sumienia, po szeleście spełnienia. Zamknięte są te chwilki w słoiki nieważności, zamarynowane w obojętności, Wiem. Ale to nie zmienia ich gęstości, intensywności.  Należy je odstawić na półkę i czekać. Na zapomnienie, przypomnienie, odnalezienie, pogodzenie, schowanie, rozczarowanie, zalakowanie, rozbicie lub wypicie.

Zdarzyło nam się kilka razy z Nitotamem wspólnie zniknąć, nie specjalnie, nie na siłę, zwykle, najzwyklej. Zdarzyło nam się mieć cos wspólnego, ale tylko naszego. To był zarzut, to był strach? Który zamieszkał potem wśród nas. Nie pozwalał na czułość, nie dawał szans na spełnienie, zamienił nas w jego poruszenie. Układał nas do snu, swym cieniem.


Akt 3.
Pomiędzy zamknięciem oczu, a snem.

Gdy Popielata piła ciepłe kakao, walcząc z nocnym pociągiem do smutku, to tak to, to tak to…
Psotek zasnął na jej kolanach, tuż przed zaśnięciem już tylko szepcząc - mruknął:
-Ot! Zmyślony świat się zrodził, by w ciszy trwać..


Batony z malinami.

garść płatków owsianych
dwie garście mąki orkiszowej
trochę płatków migdałowych
kostki półtorej prawdziwego masła
soku z cytryny ćwierć szklanki
koszyczek i trochę malin
pół garści cukru trzcinowego

Maliny zagotować z cukrem, ciasto utrzeć w makutrze i zapiec w 200 stopniach, potem nalać w nie malin i piec dalej.. Zaprosić znajomych, wina dużo kupić, świeczki zapalić, i wszystkich upić.. Położyć się do łóżka, całować, śnić, tulić, i głaskać, świtem zacząć żałować.. W południe  zacząć na nowo gotować.

Zajadałam się wtedy razowym chlebem miodowym z bananem, gotowałam kawę litrami. Piekłam dużo: bułeczek żytnich, drożdżowych, ciast malinowych, czekoladowych tortów biszkoptowych. Wymyślałam potrawy wytrawne, poprzedzone przystawkami, humusami, pastami, marchewkami, groszkowymi zielonym nowościami, a potem wystawiałam desery różne, słodkości, owocowe pyszności. Opowiadałam baśnie, szeptałam zaklęcia, powijałam codzienność szaleństwem, marzeniami, szukałam dźwięków na łąkach. „Oddałam najlepsze buty trzem krasnalom na nowy dom” mówiłam i śmiałam się, bo wierzyłam. Tak głęboko uwierzyłam, zawierzyłam mgle. Spijałam słowa z ust, niczym truciznę, i uśmiechałam się nadal, mimo goryczy, niezrozumienia, błędów, żalu i krzyków, uśmiechałam się. Zjadałam wspomnienia na kolacje, rano wyrzucałam ogryzki samotności i szłam dalej, biegłam, tańczyłam, wirując z promieniami, skacząc nad kałużami, trącając kasztanki „jakie krainy niezmierzone widziały w tylu życiach?”- dumając, stukając w krawężniki czubeczkami butów, myślami gubiłam się w bruzdach pomiędzy kafelkami, w zwiędłych liściach, trochę błotniście. Jakby tak do końca życia patrzeć na świat z ukrycia fioletowego buta? Wydłużać szyję, kurczyć się, czasem prostować, moczyć i hałasować. Oglądać zielone listki, gumę balonową, odwiedzać mrówki na spacerze. Pieścić się w słońcu z zieloną trawą, z rosą, z mleczem, stokrotką. Otoczyć się lawendą i.. spaść z wysoka. Słuchać głośno muzyki pod samą sceną, skakać wysoko, a nocą marzyc o krainach pełnych żwiru i płomieni. Jakby tak do końca życia śnić? W pomieszaniu być, w zawieszeniu pomiędzy światami całymi, ani tu ani tam tak naprawdę nie żyć?

Długie tygodnie nie wyjaśnienia, niedopowiedzenia, zamglenia, tryskające niesamowitą jednocześnie radością, lekkością. Szumem, wirem, motylich skrzydełek, które poruszały wszystkim. Podmuch ten zawiał nas w miejsce z którego ciężko było wracać, i jeszcze ciężej było iść do przodu…  Często zastanawiam się jakby to mogło być, gdyby nie zawiść i zazdrość, które tak naprawdę były po prostu zwykłym brakiem ufania, ubranym w te bojowe i groźne słowa. Ciekawa jestem na ile moje pragnienia, wspomnienia, i rzeczywistość zmieszały się w jedno. W jakich proporcjach usypały ten zamek z piasku, który teraz zdmuchnie dziadek wiatr, czas. Ziarnko do ziarnka, sekundą do sekundy. Formowały się wysokie wieże, strzeliste, rosnące w stronę słońca. Komnaty pachnące wilgocią, mchem, trochę nie wietrzone, zaparowane stagnacją nabytą z latami. Piwnice rozległe z ułożonymi w nich wieloma, wieloma zapisanymi księgami, słowami nie zawsze miłymi, nie często wilgotnymi, z nutą bolącego, niespełnionego. Na końcu zbudowały mury i fosę. Nigdy nie chciałam zamieszkać w żadnej z wież. Więc któregoś dnia uciekłam. W lasy, na łąki, do kwiatów, wśród biedronki. Plotłam tam wianuszki ze stokrotek, malowałam ślimakom znaki tajemne na skorupkach, co by szły w świat zaklęcia, wolno i ślamazarnie.. Słyszały wtedy zarzuty jeszcze niesione wiatrem w moja stronę, że ja owszem uciekałam, ale tam wśród tych konwenansów dworskich, spisków, kajdanów zależności, układów wieczności, rodów przynależności, ta historia musiała się potoczyć dalej..

Pytania, wątpliwości, zgrzytania, szarości, same marudzące potwory. Brak zaufania, potknięcia, kopnięcia, poślizgnięcia, ich koledzy stwory. Trudności, kłody, sprzeczności.. i tak bez końca.
Biegliśmy na oślep, bez drogi nawet. W stronę słońca, jak ćmy? Biegliśmy mocno trzymając się za ręce, żeby się nie gubić wzajem. Biegliśmy, bo chcieliśmy więcej i więcej.. W tych miesięcy parę gdy wiosna nas zasnuła babim latem, a potem ciepło i cieplej tylko wiało, gdzieś tam pomiędzy koszmarem jednym, a „spierdalaj” słowem dziwnym, się kończyło. Ciurkiem najpierw leciało, potem kropelkami paroma, słowami, sekundami, tysiącami muśnięć skrzydełek, pajęczych wiciami kilkoma, znikło. Pewnego dnia wstałam i już nie było, już się nawet nie tliło. Światów tysiąc, światów milion..
A ja jestem spokojna, jak wszystko znikło, jestem spokojniejsza, wygodniejsza, trochę przezroczysta? Mogę po prostu się zgubić, mgła mnie wtuli, otuli, przytuli, rozczuli.

Są takie sny, (a my nim właśnie byliśmy).. są takie sny z których już nigdy nie trzeba się budzić.


Śnieżno-szaro.. mgła, mroku odrobina.
Popielata biegnie, ma zarumieniona od mrozu twarz, gwiazdeczkowe
śnieżynki migoczą wkoło, ona krzyczy:
-Nie ma nas!, Nie ma tu nas...

Rozkłada ręce, wiruje w świetle trupich latarni, oczka jej błyszczą,
światu szaleńczo przyspiesza puls:
-Nie ma nas!, nie ma..  nas..

Składa dłonie, twarz w nich kryje w śmiechu, czy szlochu złocistym? Na
granicy roztarcia dłoni, łzy przezroczyste, kryształki swobody i
zjednoczenia, zapodzienia, zgubienia, stworzenia.
Światów się nie szuka, nie planuje, nie zjada na śniadanie. Marzeń nie
kotłuje, nie śni, nie buduje się w zapomnieniach, niedopowiedzeniach,
zgubieniach.. wcale, a wcale.

Ale gdy zbudzisz się nagle i wszystko zatopione będzie we mgle, we
wspomnieniach, w marzeniach, idź i krzycz:
- Nie ma nas, nie ma nas wcale, a wcale.. i mnie, mnie też nie.. nie

ma tu wcale, a wcale!

Sunday, May 18, 2014





..a więc następną podróż koleja. a już koleja przestałam jedziec. teraz samoloty to nowe pociągi.
więc dzieli mnie od samolotu duża butelka wody dwu litrowej i bezsens. udaje że go nie ma. a tak, czary-mary, bezsensu tez juz nie ma. jest za to czas. w bardzo nie banalny sposob plynie caly czas.. mijamy sie na zakretach. mało ze sobą sypiamy, czasem pijemy razem kawę.


ustawiony zegarek od kilku dni wskazuje moja osobista godzine. to dosc ciekawe. wstawac. potem myc sie. znikac. dzisiaj sie poszczypalam. poszczypalam.. zasakujaco przesadnie traktuje piekno. przeciez tylko istnieje brzydota.
konwersacja zaczyna byc rozmowa w momencie kiedy nie umiem znalezc slow. kiedy nie chce pokazac co czuje. jak uczę się mówić co jest prawdą.
elementy wskrzeszenia mnie zabijaja. znowu nalezy sie odrodzic.
gdzie byles?
paslem owce.

a jesli to moim marzeniem jest sie zakochac? !
czy powinnam krzyczec. 
szukac.
znajdowac.
a co jesli ja juz nie umiem?
co jesli nie chce.
to niesie nazbyt wiele.
nie chce juz przezywac. tylko czuc doskonalosc. ktorej nie ma. nie bedzie.
ktorej doswiadczenie mnie naznaczy mocniej.
czy juz nie jestem naznaczona?
o przetrwanie jest mocno przereklamowane.
zamieszkalam w pudelku po zapałkach. wreszcie otaczaja mnie kolory, ktore naprawde lubie. lunatykuje na codzien w tylko zamknietych oczach. dotykam. smakuje. wacham. ocieram sie. badam. szuram.
zdumiona gdy czasem juz otworze swe oczy. zastygam.
nagle sie okazuje ze zycie mnie mija.
nie umiem korzystac.
nie umiem przeskoczyc.
nadal lubie zapach pieczonego jabluszka z miodem.
i nadal biegam.
teraz najczesciej wstaje gdy swiat jest jeszcze zupelnie sennie nieprzytomny. po piatej piec. gdy sie juz dobrze rozbiegne gdy juz mi sie wydaje ze umiem was dogonic. ze juz prawie chce tez miec to wszystko. nawet pragnienie.. wtedy wstaje slonce. przebija sie przez ciemnosc nocy. czerwienia. blaskiem. rozem. fioletem. glebia granatu. i zastygam omamiona brzaskiem. i juz wiem ze nigdzie tego dnia nie zdarze. bo juz nigdzie się nie spieszę.
już nie muszę i nie chcę gonić waszych baniek mydlanych. prawda jest zbyt dotkliwa.. nie ma nic ponad to co mam w sobie. caly wszechswiat zaweża sie tylko do tego centrum jakim otacza mnie na ta chwile..
wtedy zazwyczaj juz nie tesknie.

zatracajac sie patrze w Twoje oczy. w Twoje dlonie. na usta. chcac tam bardzo znow uslyszec to pytanie ktore bylo prosba namietnosci..
chwile przed tym jak spadam lapiesz mnie za reke i mocno stawiasz na ziemi. slowami. odmowa. najbardziej wtedy gdy zupelnie nie jestem na to jeszcze gotowa.
potem szybuje przez chwile w niebycie. zgubiona.
bo gdy naprawde spadam to rozbijam sie o skaly mojego niezrozumiejia. i jestem zupelnie sama placzac pod prysznicem.
jak sie to zdarzylo? kiedy tak nagle sie zagubilam? kiedy powolnymi krokami. Szuraniem. poznawalam podgladajac Twoje dlonie. Dlaczego tak bardzo chce je czasem? Czemu je umiem czuc gdy ich nie ma? Jak moge o nich snic?
jestem zepsuciem. ot. glupie stworzonko co instyktem tylko sie chce tulic.
nawet przed sama soba wstydze sie swojego marzenia. nie myślę go na glos w sobie.
nikomu o nas nie umiem powiedziec. bo to jest tylko moje. bo tego przeciez nie ma..
patrze na dlugie palce. delikatne. czule. niesmiale. powolne.
na opuszki ich. gladkie i niewinne.
ruchy lekko niezgrabnie ospale. a jednoczesnie precyzyjnie trafiajace w z gory okreslone miejsca.
moze nawet chcace dawac. ale zupelnie nie chcace brac. nie szukajace. zbladzone i owszem czasem troche. uparcie grzeczne. mocne w swych postanowieniach. mogace chciec. umiejace odmawiac.
otwarte. bez oznak zagubienia. bez kruchosci istnienia. a jednak tak skrycie tajemnie ciche. skromnie poslusznie dajace poczucie winy.
potem..
oczy. szukajace. czyste. lekko zawiedzione. zapatrzone. kryjace wszelkie oznaki niezadowolenia. uwazne. bez wiary.
czasem usmiechniete. czasem nawet rozesmianie. zawadiackie.
zupelnie nie zakochane.
bez oznak namietnosci. bo zapewne skrywajace tajemnice ciekawosci i owszem ale bez konsekwencji. bez checi i nie checi. czule natomiast dbajace. pytajaco zachecajace. jedynie czasem delikatnie zamglone. ale nie z powodu zatracenia. raczej finezyjnej skromnosci mozliwosci odmowienia spelnienia. nie tylko mnie. nie tylko sobie. swiatu. cialu. duszy. istnienia. bogom wszelakim. wiatrom.
na koniec usta.
pelne. slodkie. figlarnie skryte. zupelnie dla mnie niedozdobycia. niedostrzegalnie zamkniete. czesto usmiechniete..
nie moje. nie dla mnie. czasem ciche. prawdziwie nie odpowiadajace. raniaco za to gryzace slowem. czasem mocnym a z czasem wewnetrznie swidrujacym. prawda.
kiedys do mnie szeptaly w nocy. z zapytaniem.
wyszeptaly wtedy pytanie
ktore do tej pory w sobie nosze.
pytanie prosbe.
intymnosc.
namietnosc. nie tyle pijana co spita ze mnie.

dotknales mnie bardzo gleboko.
pozwoliles mi na nazbyt wiele.

a jak dorosne chcialabym byc chmurka.
najbardziej ta szara. z grafitowym odcieniem. ta co zakilina swiat chwile przed deszczem. i po cichu mrokiem osnowa mnie gdy stoje na wietrznym wzgorzu. znikajac powoli. gdybym mogla zamknac oczy i leciec zapewne pomimo checi. spadlabym. za bardzo lubie upadac.
zapadam sie codzien. czasem w zmyslenie. czasem w czulosc. a czasem w Ciebie. zmyslam swiatow co chwile kilka.. gdzie podzieja sie dusze dzieci naszych gdy sie miniemy.
a przeciez codzien sie mijamy. patrzymy tylko na cienie.
odbicia szkaradne wewnatrz zupelnie niczego.
kofta pisal o czulosci wiele. najczulej.
nie wolno sie hustac. ani robic ladnch zdjec kosciolow w szarosciach zanurzonych. a tak naprawde nie wolno mowic co sie czuje i jak sie czuje..
szczegolnie noca nie wolno.
bo potem mozna sie bac patrzec w oczy.
a potem jest zimno..
szaro. niebiesko. czasem zielono. czasem zupelnie czarno. a potem znowu szaro. fioletowo. zolto. niebiesko. bialo. rozowo. czerwono. mrocznie. czysto. jasno. parnie. cicho. wietrznie. wzniosle. cieplo. nieziemsko. zupelnie jakby sie stapalo po kraterach na innej planecie. ziemia syczy. dmucha. zmienia kolory. bulgocze. pachnie siarka. zieje kwasem. topi skaly.
lawa w zastyglych pozach przyglada nam sie z bliska. kim wy dziwne kruche delikatne istoty jestescie? skad tu przybywacie. jeden jej ruch ospaly i cisza. zniklo wszystko.
stapamy bardzo delikatnie czujac jak oddycha ziemia. powoli szukajac miejsc gdzie sie rozpada. czujac jej cieplo. jej oddech. brak tam zupelnie jej cienia.. chmury sie klebia. pachnie niczym.
a potem nagle za fiordu po tunelu wychodzi slonce. zalewa niebo niebieskoscia bardzo. najbardziej.
upilam sie na polanie patrzac w niebo. boli mnie glowa teraz.. no moze juz nie boli?
ale zmeczyla mnie bardzo noc pelna snow wielu. snily mi sie rzeczy dziwne i normalnie zwyczajne zarazem. przeciekaly dachy w industrialnych opuszczonych dzielnicach. zupelnie nowych. slicznych. gdzie nikt nie chcial mieszkac. zostawione samemu sobie stacje metra. bez wagonow i pospiechu..
wczoraj widzialam przepiekne miejsca. bylismy na dlugiej wycieczce. w miejscu gdzie ziemia sie rozsuwa. zrobilam duzo zdjec ziemi ktora nie chce juz ze soba byc blisko. tylko ze jednak natura te procesy przezywa zupelnie po swojemu. bardzo powoli powstaja szczeliny. nikt nie krzyczy. osuwa sie nieco ziemi.nikt nie szarpie sie z nikim. kamienie sie przesuwaja ale calosc nadal dziala. nikt nie wybiega nagle i znika.. nic nie jest na zawsze od razu nic nie jest natychmiast za to duzo rzeczy zmienia sie gdy nikt nie widzi i nie patrzy. powoli powstaje nowe..
dzien otulil mnie cisza. wiele szybkich kilometrow mnie usypia. jade mijajac kolejne domy krasnoludow. patrzac na nimfy. szukajac po cichu elfow.
zesmutnialam z deszczem. i juz nie wrocilam ze slonce. cichutko sobie siedze w srodku. oddycham. jestem.
strasznie mi przykro ze nigdy juz nie bede elfem. ze nie zaszyje sie w tych krainach noca. i nie bede mogla zaczarowac siebie. ze nie umiem szukac ziol i leczyc pszczol. stawiac tajemnych heksow. powoli znikac z czasem i rozmywac sie w przestrzeni.
nie muszac udawac nikogo.

az to wydaje sie nie mozliwe.. ale swiat sie nie zatrzymal. nadal jestem w tym samym miejscu. nadal chce pic. nadal chce mi sie plakac. i nie obudze sie dzis z Toba.

LIPIEC 2012, Iceland