..a więc następną podróż koleja. a już koleja przestałam jedziec. teraz samoloty to nowe pociągi.
więc dzieli mnie od samolotu duża butelka wody dwu litrowej i bezsens. udaje że go nie ma. a tak, czary-mary, bezsensu tez juz nie ma. jest za to czas. w bardzo nie banalny sposob plynie caly czas.. mijamy sie na zakretach. mało ze sobą sypiamy, czasem pijemy razem kawę.
ustawiony zegarek od kilku dni wskazuje moja osobista godzine. to dosc ciekawe. wstawac. potem myc sie. znikac. dzisiaj sie poszczypalam. poszczypalam.. zasakujaco przesadnie traktuje piekno. przeciez tylko istnieje brzydota.
konwersacja zaczyna byc rozmowa w momencie kiedy nie umiem znalezc slow. kiedy nie chce pokazac co czuje. jak uczę się mówić co jest prawdą.
elementy wskrzeszenia mnie zabijaja. znowu nalezy sie odrodzic.
gdzie byles?
gdzie byles?
paslem owce.
a jesli to moim marzeniem jest sie zakochac? !
czy powinnam krzyczec.
szukac.
znajdowac.
a co jesli ja juz nie umiem?
co jesli nie chce.
to niesie nazbyt wiele.
nie chce juz przezywac. tylko czuc doskonalosc. ktorej nie ma. nie bedzie.
ktorej doswiadczenie mnie naznaczy mocniej.
czy juz nie jestem naznaczona?
szukac.
znajdowac.
a co jesli ja juz nie umiem?
co jesli nie chce.
to niesie nazbyt wiele.
nie chce juz przezywac. tylko czuc doskonalosc. ktorej nie ma. nie bedzie.
ktorej doswiadczenie mnie naznaczy mocniej.
czy juz nie jestem naznaczona?
o przetrwanie jest mocno przereklamowane.
zamieszkalam w pudelku po zapałkach. wreszcie otaczaja mnie kolory, ktore naprawde lubie. lunatykuje na codzien w tylko zamknietych oczach. dotykam. smakuje. wacham. ocieram sie. badam. szuram.
zdumiona gdy czasem juz otworze swe oczy. zastygam.
nagle sie okazuje ze zycie mnie mija.
nie umiem korzystac.
nie umiem przeskoczyc.
zdumiona gdy czasem juz otworze swe oczy. zastygam.
nagle sie okazuje ze zycie mnie mija.
nie umiem korzystac.
nie umiem przeskoczyc.
nadal lubie zapach pieczonego jabluszka z miodem.
i nadal biegam.
teraz najczesciej wstaje gdy swiat jest jeszcze zupelnie sennie nieprzytomny. po piatej piec. gdy sie juz dobrze rozbiegne gdy juz mi sie wydaje ze umiem was dogonic. ze juz prawie chce tez miec to wszystko. nawet pragnienie.. wtedy wstaje slonce. przebija sie przez ciemnosc nocy. czerwienia. blaskiem. rozem. fioletem. glebia granatu. i zastygam omamiona brzaskiem. i juz wiem ze nigdzie tego dnia nie zdarze. bo juz nigdzie się nie spieszę.
i nadal biegam.
teraz najczesciej wstaje gdy swiat jest jeszcze zupelnie sennie nieprzytomny. po piatej piec. gdy sie juz dobrze rozbiegne gdy juz mi sie wydaje ze umiem was dogonic. ze juz prawie chce tez miec to wszystko. nawet pragnienie.. wtedy wstaje slonce. przebija sie przez ciemnosc nocy. czerwienia. blaskiem. rozem. fioletem. glebia granatu. i zastygam omamiona brzaskiem. i juz wiem ze nigdzie tego dnia nie zdarze. bo juz nigdzie się nie spieszę.
już nie muszę i nie chcę gonić waszych baniek mydlanych. prawda jest zbyt dotkliwa.. nie ma nic ponad to co mam w sobie. caly wszechswiat zaweża sie tylko do tego centrum jakim otacza mnie na ta chwile..
wtedy zazwyczaj juz nie tesknie.
wtedy zazwyczaj juz nie tesknie.
zatracajac sie patrze w Twoje oczy. w Twoje dlonie. na usta. chcac tam bardzo znow uslyszec to pytanie ktore bylo prosba namietnosci..
chwile przed tym jak spadam lapiesz mnie za reke i mocno stawiasz na ziemi. slowami. odmowa. najbardziej wtedy gdy zupelnie nie jestem na to jeszcze gotowa.
potem szybuje przez chwile w niebycie. zgubiona.
bo gdy naprawde spadam to rozbijam sie o skaly mojego niezrozumiejia. i jestem zupelnie sama placzac pod prysznicem.
jak sie to zdarzylo? kiedy tak nagle sie zagubilam? kiedy powolnymi krokami. Szuraniem. poznawalam podgladajac Twoje dlonie. Dlaczego tak bardzo chce je czasem? Czemu je umiem czuc gdy ich nie ma? Jak moge o nich snic?
chwile przed tym jak spadam lapiesz mnie za reke i mocno stawiasz na ziemi. slowami. odmowa. najbardziej wtedy gdy zupelnie nie jestem na to jeszcze gotowa.
potem szybuje przez chwile w niebycie. zgubiona.
bo gdy naprawde spadam to rozbijam sie o skaly mojego niezrozumiejia. i jestem zupelnie sama placzac pod prysznicem.
jak sie to zdarzylo? kiedy tak nagle sie zagubilam? kiedy powolnymi krokami. Szuraniem. poznawalam podgladajac Twoje dlonie. Dlaczego tak bardzo chce je czasem? Czemu je umiem czuc gdy ich nie ma? Jak moge o nich snic?
jestem zepsuciem. ot. glupie stworzonko co instyktem tylko sie chce tulic.
nawet przed sama soba wstydze sie swojego marzenia. nie myślę go na glos w sobie.
nikomu o nas nie umiem powiedziec. bo to jest tylko moje. bo tego przeciez nie ma..
patrze na dlugie palce. delikatne. czule. niesmiale. powolne.
na opuszki ich. gladkie i niewinne.
ruchy lekko niezgrabnie ospale. a jednoczesnie precyzyjnie trafiajace w z gory okreslone miejsca.
moze nawet chcace dawac. ale zupelnie nie chcace brac. nie szukajace. zbladzone i owszem czasem troche. uparcie grzeczne. mocne w swych postanowieniach. mogace chciec. umiejace odmawiac.
otwarte. bez oznak zagubienia. bez kruchosci istnienia. a jednak tak skrycie tajemnie ciche. skromnie poslusznie dajace poczucie winy.
na opuszki ich. gladkie i niewinne.
ruchy lekko niezgrabnie ospale. a jednoczesnie precyzyjnie trafiajace w z gory okreslone miejsca.
moze nawet chcace dawac. ale zupelnie nie chcace brac. nie szukajace. zbladzone i owszem czasem troche. uparcie grzeczne. mocne w swych postanowieniach. mogace chciec. umiejace odmawiac.
otwarte. bez oznak zagubienia. bez kruchosci istnienia. a jednak tak skrycie tajemnie ciche. skromnie poslusznie dajace poczucie winy.
potem..
oczy. szukajace. czyste. lekko zawiedzione. zapatrzone. kryjace wszelkie oznaki niezadowolenia. uwazne. bez wiary.
czasem usmiechniete. czasem nawet rozesmianie. zawadiackie.
zupelnie nie zakochane.
bez oznak namietnosci. bo zapewne skrywajace tajemnice ciekawosci i owszem ale bez konsekwencji. bez checi i nie checi. czule natomiast dbajace. pytajaco zachecajace. jedynie czasem delikatnie zamglone. ale nie z powodu zatracenia. raczej finezyjnej skromnosci mozliwosci odmowienia spelnienia. nie tylko mnie. nie tylko sobie. swiatu. cialu. duszy. istnienia. bogom wszelakim. wiatrom.
oczy. szukajace. czyste. lekko zawiedzione. zapatrzone. kryjace wszelkie oznaki niezadowolenia. uwazne. bez wiary.
czasem usmiechniete. czasem nawet rozesmianie. zawadiackie.
zupelnie nie zakochane.
bez oznak namietnosci. bo zapewne skrywajace tajemnice ciekawosci i owszem ale bez konsekwencji. bez checi i nie checi. czule natomiast dbajace. pytajaco zachecajace. jedynie czasem delikatnie zamglone. ale nie z powodu zatracenia. raczej finezyjnej skromnosci mozliwosci odmowienia spelnienia. nie tylko mnie. nie tylko sobie. swiatu. cialu. duszy. istnienia. bogom wszelakim. wiatrom.
na koniec usta.
pelne. slodkie. figlarnie skryte. zupelnie dla mnie niedozdobycia. niedostrzegalnie zamkniete. czesto usmiechniete..
nie moje. nie dla mnie. czasem ciche. prawdziwie nie odpowiadajace. raniaco za to gryzace slowem. czasem mocnym a z czasem wewnetrznie swidrujacym. prawda.
pelne. slodkie. figlarnie skryte. zupelnie dla mnie niedozdobycia. niedostrzegalnie zamkniete. czesto usmiechniete..
nie moje. nie dla mnie. czasem ciche. prawdziwie nie odpowiadajace. raniaco za to gryzace slowem. czasem mocnym a z czasem wewnetrznie swidrujacym. prawda.
kiedys do mnie szeptaly w nocy. z zapytaniem.
wyszeptaly wtedy pytanie
wyszeptaly wtedy pytanie
ktore do tej pory w sobie nosze.
pytanie prosbe.
intymnosc.
namietnosc. nie tyle pijana co spita ze mnie.
pytanie prosbe.
intymnosc.
namietnosc. nie tyle pijana co spita ze mnie.
dotknales mnie bardzo gleboko.
pozwoliles mi na nazbyt wiele.
pozwoliles mi na nazbyt wiele.
a jak dorosne chcialabym byc chmurka.
najbardziej ta szara. z grafitowym odcieniem. ta co zakilina swiat chwile przed deszczem. i po cichu mrokiem osnowa mnie gdy stoje na wietrznym wzgorzu. znikajac powoli. gdybym mogla zamknac oczy i leciec zapewne pomimo checi. spadlabym. za bardzo lubie upadac.
najbardziej ta szara. z grafitowym odcieniem. ta co zakilina swiat chwile przed deszczem. i po cichu mrokiem osnowa mnie gdy stoje na wietrznym wzgorzu. znikajac powoli. gdybym mogla zamknac oczy i leciec zapewne pomimo checi. spadlabym. za bardzo lubie upadac.
zapadam sie codzien. czasem w zmyslenie. czasem w czulosc. a czasem w Ciebie. zmyslam swiatow co chwile kilka.. gdzie podzieja sie dusze dzieci naszych gdy sie miniemy.
a przeciez codzien sie mijamy. patrzymy tylko na cienie.
odbicia szkaradne wewnatrz zupelnie niczego.
a przeciez codzien sie mijamy. patrzymy tylko na cienie.
odbicia szkaradne wewnatrz zupelnie niczego.
kofta pisal o czulosci wiele. najczulej.
nie wolno sie hustac. ani robic ladnch zdjec kosciolow w szarosciach zanurzonych. a tak naprawde nie wolno mowic co sie czuje i jak sie czuje..
szczegolnie noca nie wolno.
bo potem mozna sie bac patrzec w oczy.
szczegolnie noca nie wolno.
bo potem mozna sie bac patrzec w oczy.
a potem jest zimno..
szaro. niebiesko. czasem zielono. czasem zupelnie czarno. a potem znowu szaro. fioletowo. zolto. niebiesko. bialo. rozowo. czerwono. mrocznie. czysto. jasno. parnie. cicho. wietrznie. wzniosle. cieplo. nieziemsko. zupelnie jakby sie stapalo po kraterach na innej planecie. ziemia syczy. dmucha. zmienia kolory. bulgocze. pachnie siarka. zieje kwasem. topi skaly.
szaro. niebiesko. czasem zielono. czasem zupelnie czarno. a potem znowu szaro. fioletowo. zolto. niebiesko. bialo. rozowo. czerwono. mrocznie. czysto. jasno. parnie. cicho. wietrznie. wzniosle. cieplo. nieziemsko. zupelnie jakby sie stapalo po kraterach na innej planecie. ziemia syczy. dmucha. zmienia kolory. bulgocze. pachnie siarka. zieje kwasem. topi skaly.
lawa w zastyglych pozach przyglada nam sie z bliska. kim wy dziwne kruche delikatne istoty jestescie? skad tu przybywacie. jeden jej ruch ospaly i cisza. zniklo wszystko.
stapamy bardzo delikatnie czujac jak oddycha ziemia. powoli szukajac miejsc gdzie sie rozpada. czujac jej cieplo. jej oddech. brak tam zupelnie jej cienia.. chmury sie klebia. pachnie niczym.
a potem nagle za fiordu po tunelu wychodzi slonce. zalewa niebo niebieskoscia bardzo. najbardziej.
a potem nagle za fiordu po tunelu wychodzi slonce. zalewa niebo niebieskoscia bardzo. najbardziej.
upilam sie na polanie patrzac w niebo. boli mnie glowa teraz.. no moze juz nie boli?
ale zmeczyla mnie bardzo noc pelna snow wielu. snily mi sie rzeczy dziwne i normalnie zwyczajne zarazem. przeciekaly dachy w industrialnych opuszczonych dzielnicach. zupelnie nowych. slicznych. gdzie nikt nie chcial mieszkac. zostawione samemu sobie stacje metra. bez wagonow i pospiechu..
ale zmeczyla mnie bardzo noc pelna snow wielu. snily mi sie rzeczy dziwne i normalnie zwyczajne zarazem. przeciekaly dachy w industrialnych opuszczonych dzielnicach. zupelnie nowych. slicznych. gdzie nikt nie chcial mieszkac. zostawione samemu sobie stacje metra. bez wagonow i pospiechu..
wczoraj widzialam przepiekne miejsca. bylismy na dlugiej wycieczce. w miejscu gdzie ziemia sie rozsuwa. zrobilam duzo zdjec ziemi ktora nie chce juz ze soba byc blisko. tylko ze jednak natura te procesy przezywa zupelnie po swojemu. bardzo powoli powstaja szczeliny. nikt nie krzyczy. osuwa sie nieco ziemi.nikt nie szarpie sie z nikim. kamienie sie przesuwaja ale calosc nadal dziala. nikt nie wybiega nagle i znika.. nic nie jest na zawsze od razu nic nie jest natychmiast za to duzo rzeczy zmienia sie gdy nikt nie widzi i nie patrzy. powoli powstaje nowe..
dzien otulil mnie cisza. wiele szybkich kilometrow mnie usypia. jade mijajac kolejne domy krasnoludow. patrzac na nimfy. szukajac po cichu elfow.
zesmutnialam z deszczem. i juz nie wrocilam ze slonce. cichutko sobie siedze w srodku. oddycham. jestem.
strasznie mi przykro ze nigdy juz nie bede elfem. ze nie zaszyje sie w tych krainach noca. i nie bede mogla zaczarowac siebie. ze nie umiem szukac ziol i leczyc pszczol. stawiac tajemnych heksow. powoli znikac z czasem i rozmywac sie w przestrzeni.
nie muszac udawac nikogo.
nie muszac udawac nikogo.
az to wydaje sie nie mozliwe.. ale swiat sie nie zatrzymal. nadal jestem w tym samym miejscu. nadal chce pic. nadal chce mi sie plakac. i nie obudze sie dzis z Toba.
LIPIEC 2012, Iceland

No comments:
Post a Comment