Sunday, May 6, 2018

https://youtu.be/T4yh2NZ0kJw

Popielata i kotek Psotek.

Jak to jest być we trójkę? Jak to jest być blisko, najbliżej, najszczerzej, najciężej, najdalej, najśmielej, naj.. we trójkę?
Jak to jest obudzić się ze snu, we śnie, i potem zasnąć?
Jak to jest zyskując tak wiele, stracić coś bezpowrotnie?


Akt 1.
Popielata poznaje Psotka.

Kotek Psotek rzekł:
-Miau..- I wcale mu nie smutno, może troszkę.
Popielata dziewczynka bez ciała przy duszy, znalazła kotka.
-Nie, proszę pani.. Ja nie jestem niczyim kotkiem.
Ale dłoń sunąca pod i z włosem, ciepła taka, skusiła, poruszyła, nauczyła,
..znalazł raz kotek dziewczynkę popielatą całą.


Jak to jest budzić się przypominając sobie gęstość poranków, pełnych zmieszanych oddechów, dłoni, ust, myśli, niewypowiedzianych słów.. Jak to jest starać się sobie przypomnieć kiedy się zaczęło, a kiedy skończyło, a kiedy tak naprawdę było? Bo było, prawda? Jak to jest nie tęsknić, nie myśleć?, a czuć, a wiedzieć, pod powiekami chwilkę przed zaśnięciem, pod skórą chwilkę przed dotknięciem, w myślach chwilkę przed zapomnieniem. Jak to jest być kiedyś tam, i teraz tu. Czasem gdy pachnie pomarańcza i słońce wkrada się do mojego pokoju tak nagle, czasem gdy zamyślę się, albo nie oczekiwanie wstanę, czasem gdy ucieknę na dłużej i wrócę potem, czasem gdy na chwilkę przymknę oczy, to wtedy właśnie skrada się na paluszkach do mnie myśl, że to wszystko gdzieś sobie żyje. Codziennie rano się myje, zjada śniadanie, i toczy się, toczy jak wóz skrzata polnego, co z niedowierzaniem przeciera oczy.

Zimą byliśmy na nartach, razem. Ale wtedy jeszcze zupełnie osobno. Piliśmy dużo rozpuszczalnej kawy z mlekiem, i uczyliśmy się czekać na siebie na zakrętach. W ciszy, przy kominku, w ogniu spalały się pierwsze wyobrażenia, sny się zaczęły śnić.. 

13 lutego młodej przyśnił się pająk, który ją przytulał. 27 stycznia Nunu śniła o tym jak jesteśmy (ja i ona) jednością i staramy się umrzeć, aby doznać ekstazy, a potem śniła 31 stycznia, o tym jak jest jednością z młodą, 30 stycznia pierwszy raz śnił mi się Nitotam, w drewnianym domu, zamku ukrytym w piwnicy, a 16 lutego śniło mi się jak na wielkim stepowym pustkowi, jechaliśmy rowerami we trójkę, gdy usiedliśmy w wiklinowych koszach, które nas bujały na wietrze, Nitotam zaczął mnie dotykać, zamknęłam oczy..
Potem śniły mi się czarne ptaki, które nas atakowały strachem, i się rozdzieliliśmy.


Akt 2. 
Rozpływając się w czekoladzie z bitą śmietaną, ślicznie zdumiona i zamyślona jestem.

Kotek Psotek mnie mało obchodzi wolałbym wiedzieć co u popielatej dziewczynki..
Stąpa delikatnie po księżycu
-Widzisz mnie?
Buduje zepsutą klatkę na nocne sny..
-Składam dzień z marzeń, a noc z koszmarów i mgły…



Znajdźmy początek więc. Poszukajmy nici, która nas zaprowadzi nad przepaść. Poszukajmy krawędzi, którą będziemy iść, poszukajmy jej końca, byśmy mogli w nią spaść..
Było już ciepło, wiosna była? Byliśmy w środku tygodnia pijani, znów. Czasem mi się wydaje, ze to był czwartek, kiedy indziej, że może środa. A więc pierwszy raz będzie wtedy gdy zasnęliśmy w jednym łóżku, i obudziliśmy się pierwszy raz razem. Gdy zobaczyłam gipsową rzeźbę 3 kręgosłupów, skulonych i obejmujących się wzajemnie wieloma rękami, tulących się, chowających się.
A może początek to będzie świt po bezsennej nocy, fioletowo-różany? Pachnący kawą, cynamonem, i fiołkami? Marzeniem będzie, tym wypowiedzianym, tym wyszeptanym, tym wyśnionym. Będzie domem wspólnym, naszym. Z wieloma skrzypiącymi historiami pod starą drewnianą stu letnią podłogą. Będzie czułością, naiwnością, snami, lekkością, mchem i malinami zamkniętymi w słoikach. Równo ułożonymi w rządkach przetworami, ustawionymi na półeczkach zapomnienia, dynią, czasem pomidorami. Winem porzeczkowym, pachnącym ciastem drożdżowym, migdałami. Oszklona kuchnią z piecem i dużym drewnianym stołem. Piwnicą zamieszkiwaną przez demony w pudłach kartonowych. Poddaszem ze świetlistymi elfami, muzyką i zaczarowanymi grami. Ogrodem w którym zamieszka Pan Kruk, w którym będzie wisiał hamak, bujawka, i będzie niebieski drewniany składzik ze skradzionymi oddechami, narzędziami, westchnieniami rozkoszy, koneweczką, przeczytanymi wyznaniami, liściastą mgłą granicy i zapomnienia, śnienia..
Albo zróbmy początkiem chwilę, gdy pierwszy raz stało się oczywiste, że koniec będzie bolesny, że nie uda się nam. Niech pierwsze zwątpienie, które położyło się cieniem, na małą chwilkę, będzie początkiem.. Wkradło się pewnie tej nocy, gdy okazało się, że kładziemy się do łóżka i się nie przytulamy i że po co się kładziemy razem skoro się nie przytulamy?

Mimo tysiąca wspólnych śniadań, tysiąc pierwsze pierwsze było niezręczne. Było delikatnym rumieńcem, słońcem pomiędzy winoroślami, łyżeczką tłukącą skorupkę. Czy postanowiliśmy zobaczyć co będzie w środku, przeszliśmy pierwszą granicę? Pierwszy raz, zresztą drugi pierwszy raz też, jak i trzeci pierwszy raz, były pijane. Nie tylko alkoholem,  nie tylko euforią, i nie zawsze strachem,  i bardzo nie rzadko namiętnością, łzami.. Pierwsze razy już takie są.. Potem zaczęły się słowa. Ciężko się mówi, gdy wszyscy chcą słuchać, ciężko się słucha, gdy wszyscy mówią..
Don't speak I can hear you.

Słońce świeciło nawet wtedy gdy padał deszcz. Znikaliśmy w piwnicach ciemnych, pachnących wilgocią, znikaliśmy w lasach zielonych, pachnących latem, na polach wietrznych, w ciemnych pokojach odwiecznych. Zasypialiśmy w sobie, ze sobą, i nawet czasem osobno, a jednak razem. Stukaliśmy, dotykaliśmy, całowaliśmy, mówiliśmy, szukaliśmy drogi. Wierząc, ze istnieje? Chcą wierzyć, że istnieje taki świat w którym nasz wspólny dom będzie mógł stać w chłodnym cieniu latem, i grzać ciepłym kominkiem zimą. Słowa wymienialiśmy na czucie, czucie na czułość, a czułość na zakazy, zapętlając się w słowa znowu... Jeździliśmy rowerami na ogniska nocne i piliśmy wódkę. Budowaliśmy nierzeczywistą rzeczywistość, murami. Perfekcyjną niedoskonałość. Radując się i płacząc jednocześnie. Goszcząc stwory przy śniadaniu, opowiadaliśmy im baśnie o kształtach i relacji.

Późniejsze wspólne popołudnia, po, nie bywały już tak naiwnie zarumienione wstydliwością, jak początkowe. Chwile ulotne, zamglenia, mgnienia powiek, posuwiste gładzenie wzrokiem fałd materiału na spódniczce, ciepło zmieszane z mrowieniem głęboko schowanym przed wzrokiem innych., łaskoczące w nagą pokrytą ledwo dostrzegalnym meszkiem, doliną pomiędzy ramieniem a szyja. 
Kiedyś pewnej nocy w ciemnej łazience, poczułam się jak dziewczynka, uczucie to przyszło znikąd i było jak olśnienie, najgłębsze pragnienie, fantazji ukrytej grubą nicią szytej. Tej nocy zgubiła kawałek bielizny w cudzej kieszeni, skryła się tam pewnie w pośpiechu, z lekkim wyrzutem sumienia, po szeleście spełnienia. Zamknięte są te chwilki w słoiki nieważności, zamarynowane w obojętności, Wiem. Ale to nie zmienia ich gęstości, intensywności.  Należy je odstawić na półkę i czekać. Na zapomnienie, przypomnienie, odnalezienie, pogodzenie, schowanie, rozczarowanie, zalakowanie, rozbicie lub wypicie.

Zdarzyło nam się kilka razy z Nitotamem wspólnie zniknąć, nie specjalnie, nie na siłę, zwykle, najzwyklej. Zdarzyło nam się mieć cos wspólnego, ale tylko naszego. To był zarzut, to był strach? Który zamieszkał potem wśród nas. Nie pozwalał na czułość, nie dawał szans na spełnienie, zamienił nas w jego poruszenie. Układał nas do snu, swym cieniem.


Akt 3.
Pomiędzy zamknięciem oczu, a snem.

Gdy Popielata piła ciepłe kakao, walcząc z nocnym pociągiem do smutku, to tak to, to tak to…
Psotek zasnął na jej kolanach, tuż przed zaśnięciem już tylko szepcząc - mruknął:
-Ot! Zmyślony świat się zrodził, by w ciszy trwać..


Batony z malinami.

garść płatków owsianych
dwie garście mąki orkiszowej
trochę płatków migdałowych
kostki półtorej prawdziwego masła
soku z cytryny ćwierć szklanki
koszyczek i trochę malin
pół garści cukru trzcinowego

Maliny zagotować z cukrem, ciasto utrzeć w makutrze i zapiec w 200 stopniach, potem nalać w nie malin i piec dalej.. Zaprosić znajomych, wina dużo kupić, świeczki zapalić, i wszystkich upić.. Położyć się do łóżka, całować, śnić, tulić, i głaskać, świtem zacząć żałować.. W południe  zacząć na nowo gotować.

Zajadałam się wtedy razowym chlebem miodowym z bananem, gotowałam kawę litrami. Piekłam dużo: bułeczek żytnich, drożdżowych, ciast malinowych, czekoladowych tortów biszkoptowych. Wymyślałam potrawy wytrawne, poprzedzone przystawkami, humusami, pastami, marchewkami, groszkowymi zielonym nowościami, a potem wystawiałam desery różne, słodkości, owocowe pyszności. Opowiadałam baśnie, szeptałam zaklęcia, powijałam codzienność szaleństwem, marzeniami, szukałam dźwięków na łąkach. „Oddałam najlepsze buty trzem krasnalom na nowy dom” mówiłam i śmiałam się, bo wierzyłam. Tak głęboko uwierzyłam, zawierzyłam mgle. Spijałam słowa z ust, niczym truciznę, i uśmiechałam się nadal, mimo goryczy, niezrozumienia, błędów, żalu i krzyków, uśmiechałam się. Zjadałam wspomnienia na kolacje, rano wyrzucałam ogryzki samotności i szłam dalej, biegłam, tańczyłam, wirując z promieniami, skacząc nad kałużami, trącając kasztanki „jakie krainy niezmierzone widziały w tylu życiach?”- dumając, stukając w krawężniki czubeczkami butów, myślami gubiłam się w bruzdach pomiędzy kafelkami, w zwiędłych liściach, trochę błotniście. Jakby tak do końca życia patrzeć na świat z ukrycia fioletowego buta? Wydłużać szyję, kurczyć się, czasem prostować, moczyć i hałasować. Oglądać zielone listki, gumę balonową, odwiedzać mrówki na spacerze. Pieścić się w słońcu z zieloną trawą, z rosą, z mleczem, stokrotką. Otoczyć się lawendą i.. spaść z wysoka. Słuchać głośno muzyki pod samą sceną, skakać wysoko, a nocą marzyc o krainach pełnych żwiru i płomieni. Jakby tak do końca życia śnić? W pomieszaniu być, w zawieszeniu pomiędzy światami całymi, ani tu ani tam tak naprawdę nie żyć?

Długie tygodnie nie wyjaśnienia, niedopowiedzenia, zamglenia, tryskające niesamowitą jednocześnie radością, lekkością. Szumem, wirem, motylich skrzydełek, które poruszały wszystkim. Podmuch ten zawiał nas w miejsce z którego ciężko było wracać, i jeszcze ciężej było iść do przodu…  Często zastanawiam się jakby to mogło być, gdyby nie zawiść i zazdrość, które tak naprawdę były po prostu zwykłym brakiem ufania, ubranym w te bojowe i groźne słowa. Ciekawa jestem na ile moje pragnienia, wspomnienia, i rzeczywistość zmieszały się w jedno. W jakich proporcjach usypały ten zamek z piasku, który teraz zdmuchnie dziadek wiatr, czas. Ziarnko do ziarnka, sekundą do sekundy. Formowały się wysokie wieże, strzeliste, rosnące w stronę słońca. Komnaty pachnące wilgocią, mchem, trochę nie wietrzone, zaparowane stagnacją nabytą z latami. Piwnice rozległe z ułożonymi w nich wieloma, wieloma zapisanymi księgami, słowami nie zawsze miłymi, nie często wilgotnymi, z nutą bolącego, niespełnionego. Na końcu zbudowały mury i fosę. Nigdy nie chciałam zamieszkać w żadnej z wież. Więc któregoś dnia uciekłam. W lasy, na łąki, do kwiatów, wśród biedronki. Plotłam tam wianuszki ze stokrotek, malowałam ślimakom znaki tajemne na skorupkach, co by szły w świat zaklęcia, wolno i ślamazarnie.. Słyszały wtedy zarzuty jeszcze niesione wiatrem w moja stronę, że ja owszem uciekałam, ale tam wśród tych konwenansów dworskich, spisków, kajdanów zależności, układów wieczności, rodów przynależności, ta historia musiała się potoczyć dalej..

Pytania, wątpliwości, zgrzytania, szarości, same marudzące potwory. Brak zaufania, potknięcia, kopnięcia, poślizgnięcia, ich koledzy stwory. Trudności, kłody, sprzeczności.. i tak bez końca.
Biegliśmy na oślep, bez drogi nawet. W stronę słońca, jak ćmy? Biegliśmy mocno trzymając się za ręce, żeby się nie gubić wzajem. Biegliśmy, bo chcieliśmy więcej i więcej.. W tych miesięcy parę gdy wiosna nas zasnuła babim latem, a potem ciepło i cieplej tylko wiało, gdzieś tam pomiędzy koszmarem jednym, a „spierdalaj” słowem dziwnym, się kończyło. Ciurkiem najpierw leciało, potem kropelkami paroma, słowami, sekundami, tysiącami muśnięć skrzydełek, pajęczych wiciami kilkoma, znikło. Pewnego dnia wstałam i już nie było, już się nawet nie tliło. Światów tysiąc, światów milion..
A ja jestem spokojna, jak wszystko znikło, jestem spokojniejsza, wygodniejsza, trochę przezroczysta? Mogę po prostu się zgubić, mgła mnie wtuli, otuli, przytuli, rozczuli.

Są takie sny, (a my nim właśnie byliśmy).. są takie sny z których już nigdy nie trzeba się budzić.


Śnieżno-szaro.. mgła, mroku odrobina.
Popielata biegnie, ma zarumieniona od mrozu twarz, gwiazdeczkowe
śnieżynki migoczą wkoło, ona krzyczy:
-Nie ma nas!, Nie ma tu nas...

Rozkłada ręce, wiruje w świetle trupich latarni, oczka jej błyszczą,
światu szaleńczo przyspiesza puls:
-Nie ma nas!, nie ma..  nas..

Składa dłonie, twarz w nich kryje w śmiechu, czy szlochu złocistym? Na
granicy roztarcia dłoni, łzy przezroczyste, kryształki swobody i
zjednoczenia, zapodzienia, zgubienia, stworzenia.
Światów się nie szuka, nie planuje, nie zjada na śniadanie. Marzeń nie
kotłuje, nie śni, nie buduje się w zapomnieniach, niedopowiedzeniach,
zgubieniach.. wcale, a wcale.

Ale gdy zbudzisz się nagle i wszystko zatopione będzie we mgle, we
wspomnieniach, w marzeniach, idź i krzycz:
- Nie ma nas, nie ma nas wcale, a wcale.. i mnie, mnie też nie.. nie

ma tu wcale, a wcale!

No comments:

Post a Comment